Strach (1) 19.03.2015

dariapelhen.pl

19.03.2015

I: Dlaczego mi nie pozwalasz chodzić na siłownię?
D: Dlaczego nie chcesz pisać?
I: Ty nie rozumiesz, jak ja usiądę do pisania, to odrywam się od tego co 2 godziny, najwyżej na 5 minut, dopóki nie minie 12 – 15 godzin. To ma być moje nowe życie? Mam je przepisać po jego kres?
D: Argument dobry, ale nieprawdziwy. Ja czuję, co ty czujesz.
I: Ja też czuję co ty czujesz i wiem, że od poniedziałku na siłownię chodzić nie chcesz, im bardziej napieram na siebie, żeby iść na siłownię, tym większy opór w sobie czuję.
D: A ja, im bardziej napieram na ciebie, żebyś pisała, tym większy opór w tobie czuję.
I: Ty nie rozumiesz, że ja oprócz pisania muszę posprzątać, wyprać, wyprasować, ugotować, nie mogę tylko pisać.
D: Ten argument też nie jest prawdziwy, jak się przyznasz do tego, co naprawdę czujesz, to będziemy dalej gadać.
I: OK. Boję się, że znowu przytyję, a ja tak bardzo tego nie chcę.
D: Dlaczego?
I: Bo gruba czuję się taka ohydna, taka bezwartościowa, szybko się męczę, nie mogę nawet dosięgnąć paznokci u stóp.
D: Naprawdę tak się czujesz. A kiedy zaczęłaś chudnąć?
I: W listopadzie 2014.
D: Jak to się stało?
I: Postanowiłam.
D: Nie, nie masz racji. Powróćmy do twojego modlenia się, jak się modliłaś przez wiele lat?
I: No tak, jak na dobrą Chrześcijankę przystało, wszystkie modlitwy, litanie, psalmy, nawet sprawiłam sobie klęcznik.
D: Korzystasz z niego?
I: Nie, prawie go nie widać, leży na nim kupa ciuchów, które pokornie czekają na poukładanie.
D: A co się działo, gdy tak się modliłaś? Czułaś ulgę?
I: Żadnej, aż w końcu pękłam w szwach, nie mogłam już tego wytrzymać.
D: I?
I: W końcu wygarnęłam Bogu, co o nim myślę, jak on ma mnie w głębokim poważaniu i tak mi nic nie daje, nie ma co na niego liczyć, to po co być w stosunku do niego bojaźliwym i tak nic z tego nie mam, dlatego zaczęłam mu gadać, co mi ślina na język przyniesie, wygarnęłam mu wszystko.
D: I jak się poczułaś?
I: Wtedy, o dziwo, poczułam ulgę.
D: A potem?
I: Potem przez długi czas bałam się, że spadnie na mnie grom z jasnego nieba, ale jakoś do tej pory chodzę po ulicach, a Bóg jest mało zainteresowany celowaniem piorunami we mnie, kiedy jest burza, one lecą w zatokę, może on nie ma tak dobrego cela?
D: Powiedz mi, czy naprawdę wierzysz, że Bóg może w coś celować i chybić?
I: No, chyba nie.
D: Ale, co się stało od tamtej pory?
I: Stwierdziłam, że mówiąc do Boga swoimi słowami naprawdę czuję ulgę i zaprzestałam klepania na pamięć tekstów, które mnie nie dotyczą.
D: Jak się odnosiłaś do swojej tuszy?
I: Starałam się o tym nie myśleć, nie przeglądać w lustrze, a jak już jakieś się natrafiło, to tak wciągałam brzuch, że chciał mi na plecach wyskoczyć i żyłam dalej. Jednak raz weszłam na fb i zobaczyłam, że Ania opublikowała jedno zdjęcie z lotniska, kiedy wylatywała z Grecji, byłam na tym zdjęciu tak potwornie gruba i tak się wściekłam na Anię.
D: Wściekłaś się na Anię, że ty jesteś gruba, czy ona cię łyżką do ust karmi?
I: Potrafisz dokuczyć.
D: Nie, ty sama od wielu lat jesteś zwolennikiem powiedzenia: Poznaj prawdę, ona uczyni cię wolnym. Kiedy to było?
I: Latem 2013. Weszłam na wagę i stwierdziłam, że ważę 93 kg., przestraszyłam się, trochę nieświadomie przestałam pić słodkie napoje, jeść słodycze, zaczęłam jeść mniejsze porcje.
D: Czułaś, że chudniesz?
I: Nie, nadal miałam ohydny, wielki brzuch, którego się bardzo wstydziłam i czułam się koszmarnie.
D: Potem, co się stało?
I: Przeżyłam tak, jeszcze ponad rok, aż w końcu nie wytrzymałam i znowu powiedziałam: Boże, ja się tak strasznie brzydzę tego mojego okrutnego tłustego cielska, czuję się taka ohydna w swojej skórze i taka bezradna, pomóż mi.
D: I co?
I: Znowu poczułam ulgę, w jednej chwili o tym zapomniałam, na drugi dzień robiłam obiad i jak spojrzałam na ociekające tłuszczem mięso z ziemniakami, poczułam obrzydzenie, z dnia na dzień zaczęłam się brzydzić mięsa, dostałam awersji. Miałam w domu kapustę i marchew, starłam na tarce, posoliłam, dodałam trochę oliwy z oliwek i zjadłam.
D: Najadłaś się?
I: Tak. I było pyszne.
D: Czy musiałaś w jakikolwiek sposób się starać, żeby nie jeść mięsa?
I: Nie, w jednej chwili o nim zapomniałam, tak jakby nigdy nie istniało jako pożywienie. W lutym 2015 zapisałam się na siłownię i zaczęłam ćwiczyć. Teraz ważę 77 kg., oglądam się w lustrze i widzę, jak spadł mi brzuch i czuję się dobrze, zupełnie inaczej, znowu zaczęłam zauważać na mojej twarzy, że jestem ładna.
D: Czujesz się szczęśliwa?
I: Tak, nawet czuję, jak podnoszą się twoje wibracje, gdy oglądam sobie brzuch w lustrze, ty też jesteś szczęśliwa. Więc dlaczego nie chcesz żebym chodziła na siłownię?
D: Nie ja, to ty nie chcesz chodzić.
I: Szokujesz mnie. Dlaczego ja nie chcę chodzić? Przecież ja się tragicznie boję, że jak przestanę ćwiczyć, to też pomału wrócę do starych nawyków, zacznę znowu dużo jeść wstrętnych rzeczy, znowu utyję i będę się czuła podwójnie źle, ponieważ tyle roboty na marne, a wynik żaden.
D: Czy ciągnie cię do mięsa?
I: Nie, jestem zachwycona moim sposobem żywienia się, nieprzeciętnie mi smakuje, żywię się tylko owocami i warzywami i jestem szczęśliwa.
D: Ale z góry się boisz, że możesz powrócić do mięsa? Powiedz mi jeszcze, a co z rzucaniem palenia?
I: Staram się.
D: A dlaczego się starasz? Dlaczego to nie przyszło tak samoistnie i nieoczekiwanie, jak rzucanie mięsa. Przecież prosiłaś Boga o pomoc w rzuceniu palenia.
I: Tak.
D: I pomógł?
I: Dokładnie nie mogę powiedzieć.
D: To opisz, co się działo po każdej prośbie do Boga o pomoc w rzuceniu palenia.
I: Na kilka godzin o tym zapominałam, ale potem przypominałam sobie, że istnieje syndrom głodu nikotynowego, tak mnie przerażało go poczuć, że ze strachu zapalałam papierosa.
D: A dlaczego?
I: To jest tragiczne uczucie, tak trzepie systemem nerwowym, że nie wiesz co z sobą zrobić.
D: Skąd o tym wiesz?
I: Ponieważ już rzucałam palenie i wiem co się czuje.
D: Sama, czy z bożą pomocą.
I: Sama, oczywiście.
D: A nie przyszło ci na myśl, że z bożą pomocą zostałabyś od tego uchroniona, tak jak naturalnie ci przyszło rzucenie mięsa, z dnia na dzień.
I: A istnieje syndrom głodu mięsnego?
D: A istnieje syndrom głodu słodyczowego?
I: Ty do czegoś pijesz, ale ja zanim zdążę zapytać już mam odpowiedź.
D: To ją pisz.
I: Tak pamiętam. Stavros miał trądzik i to dosyć poważny, ale także bardzo lubił słodycze, dermatolog coś mu na ten trądzik przepisał i zakazał spożywania słodyczy, on wytrzymał tydzień, potem poszedł do cukierni, kupił tort, wziął łyżeczkę, usiadł w parku na ławce i zjadł ten tort. Więc istnieje syndrom głodu słodyczowego.
D: I mięsnego też.
I: To dlaczego on mnie nie spotkał?
D: Powiedz mi jak długo ty jesz mięso?
I: Całe życie, to był pogląd żywieniowy mojej mamy, która odziedziczyła go po swojej matce.
D: Czym cię karmiła mama.
I: Mięchem i surówami (jej sposób nazywania).
D: Dlaczego?
I: Bo w surówkach jest najwięcej witamin.
D: A mięsem?
I: Żebym dużo w dupie miała i dobrze rosła.
D: Czy odstawiłaś kiedykolwiek w życiu mięso?
I: Nie, nigdy.
D: Więc przez 41 lat żywiłaś się mięsem.
I: Tak, tak mnie nauczono i tak robiłam, nigdy specjalnie się nad tym nie zastanawiałam, a zresztą, ja o co innego prosiłam Boga, a on co innego dał, ja nie zdawałam sobie sprawy, że ja odstawiam mięso, jak 2 lub 3 dni nie chciałam mięsa, to nie pomyślałam, że to potrwa 5 miesięcy, po prostu mijał dzień za dniem, a ja dalej mięsa nie chciałam i już, nie walczę wewnątrz siebie, powstrzymując się od czegoś, ono dla mnie jakby nigdy nie istniało.
D: A masz do czynienia z mięsem?
I: Codziennie, przecież Miltos żywi się tylko mięsem, ja codziennie gotuję mięso dla niego.
D: I jak się czujesz?
I: Neutralnie, kompletnie neutralnie, nie istnieje we mnie coś takiego, że może by skubnąć, a zjadłabym sobie.
D: Więc co ci przeszkadza, żeby zawierzyć Bogu rzucenie palenia?
I: Nie wiem.
D: Ja ci odpowiem: strach. Z góry zakładasz, że coś się stanie w pewien konkretny sposób, przewidujesz przeszkody, jakie staną ci na drodze, boisz się, że nie dasz sobie z nimi rady i w ten sposób blokujesz moją i boską pomoc, jedyna rzecz, która w tym wszystkim jest twoja i stoi między tobą, a mną i Bogiem i nie pozwala nam tobie pomóc, to nic więcej, jak twój strach.
I: Powiedz mi jeszcze jedno, dlaczego ty po prostu nie wyłożysz kawy na ławę, tylko bawisz się w tą grę pytań i odpowiedzi?
D: Ponieważ teorii jeszcze nikt nie przerobił na praktykę. Ludzie piszą prace naukowe po setki stron, potem wracają do domu i robią swoje. Żeby zastosować coś w praktyce, musisz nauczyć się tego w praktyce, innej metody nie ma.
I: A najlepszym nauczycielem praktyki jest Dusza?
D: Dziękuję za uznanie, ale ty to powiedziałaś. Dlaczego?
I: Przecież już wiesz.
D: Tak, ale czytelnicy nie wiedzą. Pisz, bo będzie dziura w dialogu.
I: Otóż, pewnego dnia zaczął do mnie gadać taki namolny głos, który przedstawił się jako moja dusza. Nie głaskała mnie po uszach. Najpierw powytykała wszystkie moje złe nawyki, a potem pilnowała 24 godziny na dobę, żeby je pozmieniać. Nic nie uchodzi jej uwadze, za każdym razem, kiedy chcę zrobić coś po staremu, to przypomina o swoim istnieniu i każe robić tak, jak ona mówi. Trzeba się z tym oswoić, nie ma rady, odwala naprawdę kawał dobrej roboty, nikt nie jest w stanie stać nad tobą ciągle i pilnować cię, tylko Dusza, moja kochana Dusza.
D: Kochasz mnie?
I: Bardzo, przecież o tym wiesz.
D: A tak się martwiłaś, że mnie nigdy nie pokochasz, że nie znajdziesz we mnie nic nieprzeciętnego, dlaczego?
I: Bo Aleksander na mnie nawrzeszczał, aż się popłakałam.
D: A co ci powiedział?
I: Że zajmuję się bzdurami, śmieciami, które znalazłam w szufladach, a nie potrafię zauważyć tego, że spotkało mnie coś nadzwyczajnego, powinnam być szczęśliwa i się cieszyć, a nie grzebać w śmieciach.
D: A ty co?
I: Nie potrafiłam sobie dać z tym rady, wiedziałam, że kochać to można drugiego człowieka, psa, siebie nie za bardzo, bo to egoizm, ale nie potrafiłam rozkochać się w głosie, który mi w głowie gada. Miałam wyrzuty sumienia, że nie potrafię ani cię pokochać, ani zauważyć, jaka jesteś nadzwyczajna.
D: I co się przydarzyło?
I: Ach, to było kilka dni temu, czytałam szkołę aniołów i natrafiłam na ten artykół: „Jak rozmawiać z duszą? Od czego zacząć?” Piotra Kmiecia.
D: I co pomyślałaś?
I: Z całym szacunkiem dla autora, z pewnością jego rady są dobre, ale nie dla mnie, ja nie muszę wcale się wysilać, żeby ciągle pamiętać, że moja Dusza jest cały czas ze mną, ona nie pozwala mi o tym zapomnieć. On jeszcze pisze, że na początku nie należy się spodziewać fanfar. Pomyślałam sobie: mój Boże, jakby w mojej głowie, oprócz mojej Duszy, grały jeszcze fanfary, to ja bym całkiem zwariowała. Jeżeli jego rady są uniwersalne, a do mnie nie pasują, to ty rzeczywiście musisz być nadzwyczajna.
D: I do jakiego wniosku doszłaś?
I: Myślę sobie: Aleksander kazał znaleźć w tobie coś nadzwyczajnego. Ty nadzwyczajnie dużo gadasz i zwyczajnie nie chcesz się zamknąć.
D: I co się stało?
I: Twoje wibracje podskoczyły do zenitu, aż to poczułam, tak ci się to spodobało, że kazałaś to powtarzać sobie co dwie minuty i miałyśmy niezły ubaw.
D: A ty jakiej Duszy się spodziewałaś?
I: Powinnaś się zapytać, czy ja się w ogóle spodziewałam Duszy?
D: Kiedy zaczęłaś mówić?
I: Wiem do czego pijesz. Tak, mama zawsze mówiła, że ja najpierw zaczęłam mówić, a potem chodzić. Miałam niespełna 11 miesięcy, kiedy powiedziałam całe zdanie: „Tatu pali piecu.”
D: A ty, co o sobie mówisz?
I: Że zaczęłam mówić, jak miałam 11 miesięcy i do tej pory nie przestałam.
D: Więc jakiej duszy się spodziewałaś?
I: Czy ja muszę mieć wszystkie twoje cechy?
D: Nie, ale tę masz. Widzisz, jak wszystko dzieje się w prawidłowym czasie i w prawidłowy sposób. Dużo pracy kosztuje mnie, abym nauczyła cię nie blokować mojej i boskiej pomocy twoim strachem i niedowiarstwem, ale na szczęście mam sojuszników.
I: Kogo?
D: Np. Aleksandra.
I: A w czym ci on pomaga? To dlatego tak często w naszych rozmowach nawiązujemy do jego osoby?
D: Tak, on cię utrwala w wierze.
I: W jakiej wierze?
D: Że rozmawiasz z Duszą. Nawet to, że na ciebie nakrzyczał miało swoje znaczenie. Natychmiast uświadomiłaś sobie, że powie wszystko bez ogródek, nie owija w bawełnę i wali prosto z mostu.
I: To fakt, nie do zaprzeczenia.
D: Także czyta wszystkie twoje teksty, jak wysyła ci maila, to aż się boisz go otworzyć, boisz się przeczytać, że to jakieś farmazony z głowy, a nie z duszy, jak po raz kolejny stwierdzasz, że tego nie napisał, to utwierdzasz się w wierze, że rozmawiasz z Duszą, w ten sposób zaoszczędzamy na czasie.
I: Ale przecież ty masz mnóstwo czasu.
D: Ale ty nie masz.
I: To fakt.
20.03.2015

I: Dzisiaj chciałaś iść na siłownię.
D: Zawsze chciałam.
I: Czy ty się bawisz moimi uczuciami?
D: Sama się nimi bawisz.
I: Nie graj ze mną w ten sposób, to niemożliwe do wytrzymania. Czy ty twierdzisz, że ja nie wiem co czuję, przecież ja w poniedziałek, wtorek i środę całą sobą chciałam iść na siłownię, jak się zbuntowałam, że nie chcę pisać, to poszłaś ze mną na ugodę, na siłowni byłam wczoraj po południu i dzisiaj rano.
D: Co się stało dzisiaj rano?
I: Miałam kompletnie odwrotne uczucia, chciałam usiąść i coś napisać, ale rwało mnie z krzesła, żeby iść na siłownię, ja miałam pustkę w głowie, a ty milczałaś.
D: Czy ty myślisz, że jak ja milczę to nie mówię?
I: Jak milczysz to milczysz, co to za głupie pytanie?
D: Przecież już mówiłyśmy, że ja rozmawiam też uczuciami, kto ci podsyłał uczucie chęci pójścia na siłownię?
I: To znaczy, że się przyznajesz, że się bawisz moimi uczuciami?
D: Nie, nie bawię się nimi, ty sama zaniechałaś chodzenia na siłownię, ja cię pchnęłam żebyś kontynuowała. Sama mówiłaś, że tak bardzo boisz się znowu przytyć, stać się ohydna, czuć się brzydka i bezwartościowa, co ci przeszkadza żeby zrealizować swój plan do końca, czego się boisz? Nie wycofuj się, nadszedł moment rozwiązania największego twojego problemu i dokopiemy się do głównej jego przyczyny.
I: Przeraża mnie to.
D: Wiem, ja tu jestem, poczuj mnie, już ci mówiłam, nigdy więcej nie zostawię cię samej, we wszystkim ci pomogę. Przyznaj się, czego się boisz?
I: Biedy.
D: Przecież już jesteś biedna, to czego się boisz?
I: Jeszcze większej biedy.
D: Dlaczego akurat boisz się biedy w tym momencie?
I: Ponieważ skończyły się pieniądze Miltosa.
D: Jakie pieniądze? Skąd je miał?
I: Sprzedał nieruchomość, pomieszczenie na sklep.
D: Kiedy?
I: W sierpniu 2014.
D: Za ile?
I: Za 60.000 €.
D: I przez 6 miesięcy wydaliście 60.000 €?
I: Dokładnie, ale przecież ty o tym wszystkim wiesz.
D: Ale czytelnicy nie wiedzą.

22.03.2015

I: Nie mogę, chcę brać nogi za pas i wiać jak najdalej, nie mogę się z tym zderzyć, przez ubiegły tydzień wydarzyło się tyle, że nawet nie pamiętam wszystkiego, nie wiem, jak to opisać.
D: Ale ja wiem, napisz jak dyktuje dusza.
I: Dobrze, jeżeli chcesz. Czasem ułamek sekundy trzeba opisać na 5 stronach i są do tego potrzebne 2 godziny pisania. Zadaję jedno proste pytanie, dusza podsyła obraz, jak żywy, albo nawet film i razem z nim prawidłowy wniosek do wyciągnięcia.
D: Co dziwnego stało się ostatnio?
I: Joanna napisała, że moje teksty są gotowe już na stronie i mogę je przeczytać. Ja ich nie widziałam, to było 18.03.2015 o 9-ej rano, wchodziłam, ale ich nie widziałam, ciągle tylko było napisane „Nowa Kategoria” i nic więcej, to samo w czwartek 19-go, odświeżyłam stronę, nawet ją zamknęłam i znowu otworzyłam i nic, 20-go w piątek wszystko pozamykałam otworzyłam jeszcze raz. Restartowałam komputer, potem go zamknęłam na kilka godzin i znowu otworzyłam, gdy znowu nie zobaczyłam tekstów, to napisałam o tym Joannie, jeszcze nie zdążyłam wysłać maila i dostałam scenariusz od Duszy.
D: Opisz go.
I: Joanna mówi mi, że jak nie wiem co zrobić, to może bym się zapytała swojej Duszy, może ona ma rozwiązanie. Uśmiałam się z ciebie, jesteś dobrym reżyserem, filmy krótkometrażowe wychodzą ci świetne. Tak zrobiłam, spytałam ciebie.
D: I co ci odpowiedziałam?
I: Restartuj jeszcze raz komputer i wejdź przez Internet Explorer i były. Joanna oczywiście, w swoim mailu dała zupełnie inną odpowiedź, wysłała linka do strony.
D: A jak wejdziesz przez Google Chrome, to są?
I: Nie wiem, nie sprawdzałam.
D: To sprawdź, są.
I: Nie ma.
D: Nie zajmuj się tym teraz, potem się za to zabierzemy. Powiedz mi, dlaczego chcesz uciekać?
I: Ze strachu, nie mogę sobie już dać rady.
D: Powiem ci coś. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że nawet jak obiegniesz 3 razy dookoła Ziemię, ten strach będzie ci towarzyszył? On jest w tobie i będzie biegł razem z tobą, dokądkolwiek byś nie uciekała, znajdziesz się tam, w miejscu schronienia, a twój strach razem z tobą.
I: To co mam zrobić?
D: Wyrzucić go.
I: Jak?
D: Miałaś długą przerwę w pisaniu, dlaczego?
I: Ponieważ był mielony ciągle ten sam temat. Pilnowałaś, abym nabrała nawyku nie upychania na siłę i po brzegi, stałaś nade mną, cokolwiek nie robiłam i mówiłaś: nie do pełna, tyle wystarczy. Nie widziałam sensu opisywania tego każdego dnia.
D: To ja nie widziałam sensu, dlatego nie pchałam cię do pisania. Ale nie o to mi chodziło.
I: Tak, chodziło ci o to, jak pozbywałam się demona. Fajna zabawa.
D: Opisz to.
I: Zdawałam na prawo jazdy, za pierwszym razem nie zdałam, sama nie wiem co mi się stało, wszystko działo się inaczej niż myślałam, nie mogę obwiniać egzaminatorów, zachowywali się miło i grzecznie, ale byłam zaskoczona tym, że ciągle zwracali mi uwagę. W wieku lat 41 już się odzwyczaiłam od stania na środku klasy, przed tablicą i wysłuchiwania, kiedy, co i jak źle robię, a oni ciągle mi gadali coś z uchem, szczerze mówiąc, przeszkadzało mi to.
D: W jaki sposób nie zdałaś?
I: Zatrzymałam się na skrzyżowaniu na znaku stop. Na prostopadłej ulicy zaparkowana była ciężarówka, która kompletnie uniemożliwiała widoczność (Jeżeli ktoś chociaż raz był w Grecji to widział sytuacje na drogach, miasta są bardzo ciasno zabudowane, nie ma parkingów, a samochody stoją gdziekolwiek, nawet przed przystankami autobusowymi, lub ukosem na samym skrzyżowaniu). Kiedy wyjeżdżasz z drogi prostopadłej w takich warunkach, to jako kierowca nachylasz się bardzo do przodu, żeby zobaczyć ulicę, i powoli wyjeżdżasz, wystawiając przód swojego samochodu, jak ktoś nadjeżdża, to daje ci znać trąbiąc, a jak nikt nie trąbi, to możesz wyjechać. Koniec końców, byłam tak zaabsorbowana tym, żeby nie spowodować wypadku z ruchem prostopadłym, że nie spojrzałam przed siebie i nie zauważyłam zakazu. Jadąc prosto, wjechałam odwrotnie w drogę jednokierunkową.
D: Przejęłaś się tym?
I: Nie bardzo, pamiętam że kiedy wróciłam do domu, zaczęłyśmy rozmawiać, prosiłam cię, żebyś mi pomogła zobaczyć wszystko w porę i niczego nie przeoczyć.
D: Potem co?
I: Na drugi raz byłam pewna, że wszystko będzie dobrze, dopóki nie wsiadłam do samochodu. Od razu ogarnęła mnie panika, autentyczna histeria, czułam się tak zablokowana, że przejechałam z 200 metrów i chciałam uciekać. Egzaminator kazał zaparkować. Jak wjechałam w miejsce do parkowania, tak stanęłam ukosem, że wyrównanie samochodu było niemożliwe, czułam blokadę na całym ciele, dudniło we mnie i jakaś siła odśrodkowa rozpierała mi wnętrze głowy, nie mogłam się uspokoić.
D: Wróciłaś do domu i… Opisz dokładnie tamtą naszą rozmowę.
I: Wracam do domu, siadam i zadaję sobie, a raczej tobie, pytanie: Czego ja tak bardzo się boję?
D: Nazwij demona.
I: Jakiego demona, o co ci chodzi?
D: Nazwij demona.
I: Mój demon nazywa się: „Ja się bardzo boję zginąć w wypadku samochodowym”
D: Opisz dokładniej co czujesz.
I: Uczę się jeździć, ale koło mnie siedzi nauczyciel, który mnie chroni, nie jeżdżę sama, mam wymówkę, nie mam prawa jazdy. Jak je dostanę, to nie będę miała wymówki, wezmę samochód i się zabiję, nieposiadanie prawa jazdy ratuje mi życie, dlatego nie chcę zdać.
D: Czy zawsze bałaś się samochodów?
I: Moja mama by powiedziała, że od małego. Ale nie, zawsze wsiadałam do samochodów z różnymi kierowcami, bez strachu, jeden jeździł szybciej, drugi wolniej, nie powiem, żebym się specjalnie bała.
D: A kiedy zaczęłaś się bać?
I: Nie nagle, to się działo powoli, jak zaczęłam jeździć z moim mężem, to nie jest kierowca, a pirat drogowy.
D: Co on robi?
I: Przede wszystkim bardzo często jeździ pijany i to tak niebezpiecznie, że modlę się w samochodzie. Jak jedziemy obwodnicą, to jedzie ciągle lewym pasem i siedzi wszystkim na tyłku. Z prędkością 130 km/h, a nawet większą, jedziemy tak blisko samochodu, który jest przed nami, że nie nie widzimy jego kół, ani zderzaka, ani nawet zamka od bagażnika. Ja się tak boję, że siedzę jak sparaliżowana, modlę się, proszę Boga, żeby ocalił mi życie?
D: Tylko tobie?
I: Tak, jego życie mam w głębokim poważaniu, jak się zabije, to z własnej głupoty.
D: Bóg cię wysłuchuje?
I: Skoro jeszcze żyję to chyba tak.
D: Chyba? Ile razy Miltos miał wypadek?
I: Och, nie mogę zliczyć, ale dużo.
D: Czy kiedykolwiek byłaś z nim?
I: Nie.
D: To po co to „chyba”? Jednak ludziom trzeba wszystko powiedzieć, sami nic nie potrafią zauważyć. Co jest najtragiczniejsze dla Miltosa?
I: Zostać wyprzedzonym, to jest dla niego taka porażka, że tym nędznym Peugeocikiem 106 z 99-go roku zostawiamy za sobą Mercedesy, BMW, Lexusy i tego typu samochody.
D: Czy kiedykolwiek starałaś się mu to powiedzieć?
I: O, tak wiele razy, ale zawsze wywołuje to odwrotny skute, jeździ jeszcze gorzej. A ja siedzę i tragicznie się boję i w dodatku zbieram w sobie siły, żeby udawać, że się nie boję, ponieważ jak on tylko to zauważy, to dociska gaz. Ale dlaczego my o tym piszemy, przecież zaczęliśmy mówić o strachu przed biedą?
D: Cierpliwości. Jak nazwałaś już demona, to co zrobiłaś?
I: Zupełnie spontanicznie, no dobra dobra, ty wcisnęłaś mi to na usta, z twoją pomocą to się stało.
D: Musisz rozumieć znaczenie słów.
I: Dobrze. Zaczęłam więc mówić do Boga: „Boże, mój demon nazywa się: Boję się zginąć w wypadku samochodowym, dziwnym trafem twierdzę, że jak już wsiądę za kierownicę, to będę jakąś siłą wyższą zmuszona jeździć tak jak Miltos, aż w końcu się zabiję. Nawet jak on jeździ pijany, to ja nie piję ani grama, nie wiem jak to się stało, ale wzięłam na siebie odpowiedzialność za jego zachowanie i tkwię w przekonaniu, że w chwili, w której będę ginąć, jestem zobowiązana trzeźwa patrzeć diabłu prosto w twarz.”
D: Następny krok. Jaki był?
I: Akt wybaczenia, znowu mówiłam do Boga: „Boże, przed tobą wybaczam Miltosowi to, że jeżdżąc jak pirat, tak bardzo mnie wystraszył.” Wyliczyłam wiele konkretnych faktów z naszej wspólnej jazdy, mówiąc zawsze: „Boże, wybaczam Miltosowi…”, za każdym razem inną rzecz.
D: Potem?
I: Potem oddałam Bogu demona. I tu zaczęła się niezła zabawa.
D: Jaka?
I: Zauważyłam, że demony mają własną wolę i bronią się przed wykurzeniem siebie z ciepłego i przytulnego miejsca, starają się zastraszyć, karmią różnymi wizjami, próbują zmienić logikę na styl: „Nie pozbywaj się mnie, ja cię chronię, jak się mnie pozbędziesz to naprawdę wsiądziesz za kierownicę i się zabijesz. Karmią różnymi wizjami, nawet są takie cwane, że jak raz, z nudów włączyłam telewizor, to akurat dziennik pokazywał karambol kilkunastu samochodów. Wiesz, jakbym ciebie nie miała, to jestem pewna, że bym mu ustąpiła.
D: Dziękuję za uznanie, ale jak się go pozbyłaś?
I: Mówiłam Bogu: „Boże oddaję ci tego demona, w twoje ręce, oddaję ci go mimo faktu, że on nie chce odejść, proszę cię Boże, zabierz go ode mnie, miłością twoją i mocą twoją, zabierz go, mimo faktu, że on nie chce odejść. Opróżniam z demona całą siebie, każdą komórkę mojego ciała, opróżniam z jego obecności, oddaję w twoje ręce każdą, nawet najmniejszą jego część, z twoją pomocą, Boże pozbywam się demona z całej siebie.”
D: Jak się wtedy czułaś?
I: Oj, naprawdę bez ciebie nie dałabym rady, dostałam palpitacji serca, powtarzałam ten tekst od początku do końca wiele razy, serce waliło mi jak zwariowane, ten wewnętrzny łomot urósł do niewyobrażalnych rozmiarów, zrobił się tak rozległy, że na końcu dudniło we mnie wszystko od dołu brzucha, w całym ciele, gardle, wypychało bębenki w uszach do zewnątrz i pod całą twarzą pchało od wewnątrz do zewnątrz, miałam autentyczne złudzenie, że cała twarz mi się odklei i wyskoczy do góry z impetem. Gdyby ciebie przy mnie nie było, gdybyś mi co chwilę nie mówiła, trzymaj tak dalej, daję ci słowo, że nic złego ci się nie stanie, to jestem pewna, że bym zrezygnowała. To wewnętrzne dudnienie osiągnęło swój zenit jakąś dziwną eksplozją energii, która się uwolniła, potem przyszła ulga.
D: Czy demon odszedł?
I: Tak, ale wrócił, tą praktykę trzeba było powtarzać codziennie.
D: Co jednak zauważyłaś?
I: Że zenit tego wewnętrznego dudnienia ma za każdym razem mniejszą siłę, a uwolnienie jest bardziej wyczuwalne.
D: Jak długo musiałaś to robić?
I: Oj, ponad 2 tygodnie. Ale na samym końcu powtarzałam tę regułkę w błogim spokoju, całe moje ciało było rozluźnione, ani śladu żadnej palpitacji.
D: Czy na tym koniec?
I: O nie, po takim demonie pozostaje puste miejsce, i żeby nie zagnieździł się tam żaden nieproszony gość my musimy to puste miejsce czymś wypełnić.
D: I jak to zrobiłaś?
I: Tak jak mi powiedziałaś. Mówiłam: „Boże puste miejsce, które powstało wypełniam zaufaniem do ciebie, że mnie chronisz, że zawsze masz mnie w swojej opiece, trzymasz mnie w swoich objęciach, jesteś ze mną, od tej pory na zawsze. Ty, ja, wraz z Duszą, kierujemy wszystkimi pojazdami, cała trójka, trzymamy kierownicę w ręku, zmieniamy biegi, naciskamy na gaz, przyjmuję Boże do swojego wnętrza twoją ochronę, ufam Ci, wiem, że w porę poinformujesz mnie o każdym niebezpieczeństwie na drodze, oddaję Boże w twoje ręce moje życie i moje bezpieczeństwo, ufam ci Boże bezgranicznie.”
D: Napisz, jak zdawałaś.
I: To też był niezły cyrk. Wyszłam z domu o godz. 10.30 rano, było nas ponad 50 samochodów, tłum ludzi, tylko kilka szkół miało po jednym uczniu, a tak dwóch, trzech, a nawet czterech i 5 komisji egzaminacyjnych. Nie można było się nic dowiedzieć, egzaminatorzy ułatwiają sobie robotę, żeby nie tracić czasu, nie wiesz, czy jesteś następny, czy ostatni, stoisz i czekasz na swoją kolej, kiosk obok ma dobry utarg w takie dni. Według prawa, oni mają na każdego ucznia 25 minut, ale są i tacy, którzy nawet z miejsca nie zdążą ruszyć, bo oblewają teorię. Jak ktoś wyjeżdża, to mówią tylko następnemu, że ma za nim jechać i jak ten pierwszy obleje, to w tym miejscu przesiadają się do samochodu, który jedzie za nimi i egzaminują dalej, a reszta stoi i czeka, ten pierwszy tylko dzwoni i informuje następnego, gdzie ma podjechać, itd.
D: Która zdawałaś?
I: Kompletnie ostatnia, pojechali już wszyscy, została tylko nasza szkoła jazdy. Byłam taka zmęczona, że nawet nie miałam siły na stres przedegzaminacyjny, czułam w sobie błogi spokój, autentycznie, jakbym była w objęciach samego Boga.
D: Bo byłaś. Jak Bóg cię nosi na rękach, to to czujesz?
I: Racja.
D: Ale napisz jeszcze co się stało.
I: A tak, ta awantura. Nie wiem, jak to się nazywa, jazda wstecz z zakrętem, egzaminator powiedział mi, żebym to zrobiła, ale jak podjechaliśmy pod ten zakręt, to zobaczyliśmy jakąś inną szkołę jazdy i akurat kursant był w tym szkolony. Egzaminator wysiadł z samochodu i poszedł powiedzieć tamtemu, żeby poczekał, bo tu mamy egzamin, moja egzaminatorka kazała mi kontynuować, więc ja wrzucam wsteczny bieg i jadę, drugi egzaminator stał na chodniku, nie więcej niż metr od krawężnika i cały czas patrzał się w naszą stronę. Właściciel tamtej szkoły jazdy, jak to zobaczył, to wyskoczył jak szalony ze swojego samochodu, podszedł do naszego i przez otwarte okno obok kierowcy, zaczął wrzeszczeć na tą egzaminatorkę: „Kontynuujesz egzamin tylko z jednym egzaminatorem w samochodzie, to nielegalne, i zaczął coś tam cytować, jesteś zobowiązana jak jeden z was wysiada z samochodu przerwać egzamin, ten tu egzamin jest nielegalny, niezgodny z prawem, ja złożę na ciebie skargę, że źle wykonujesz swoje obowiązki, będziesz miała problemy.” Ale dlaczego to piszemy?
D: Dlatego, żeby napisać jak ty zareagowałaś.
I: Nijak, nadal byłam bardzo spokojna, ten człowiek kompletnie nie wywarł na mnie żadnego wrażenia, robiłam swoje, a on się darł, wszyscy się zdenerwowali oprócz mnie.
D: Nadal twierdzisz, że czułaś się, jakby Bóg niósł cię w swoich objęciach?
I: Nie, twierdzę, że Bóg naprawdę niósł mnie w swoich objęciach.
D: Teraz rozumiesz dlaczego tak dokładnie wszystko opisujemy?
I: Żeby się ugruntował konkretny krótki wniosek.
D: Właśnie. Teraz wróćmy jednak do poprzedniego strachu, przyznałaś się, że boisz się biedy.
I: A ty mi odpowiedziałaś, że już jestem biedna, nie głaszczesz mnie po uszach, więc czego się boję? Odpowiedziałam, że jeszcze większej biedy.
D: Przeanalizujmy to.
I: Miltos sprzedał nieruchomość w sierpniu 2014, za 60.000 € i pieniądze się skończyły w ciągu pół roku.
D: Chcesz powiedzieć, że wydawaliście średnio, po 10.000 € na miesiąc?
I: No nie, zapłacił zaległy podatek do urzędu skarbowego 38.000 €, różne zaległe rachunki, ok. 3.000 €, zrobił kapitalny serwis samochodu za 2.000 €, pooddawał różne długi, jakieś 1.000 €, więc zostało 16.000 €.
D: Więc ile wydawaliście na miesiąc?
I: O Boże, ponad 2.600 € na miesiąc, ja nigdy wcześniej nie robiłam takich kalkulacji.
D: Czy odczułaś, że wydajecie tyle pieniędzy?
I: Ależ skąd, ja nadal oszczędzałam jak mogłam, na wszystkim: zakupy z bazaru, kartofle od Cygana, w super markecie z dolnej półki.
D: Miltos co zrobił, kiedy sprzedał nieruchomość?
I: Pierwsze co, to zwolnił się z pracy, niby miał otwierać sklep mięsny, ale jakoś nigdy nie otworzył?
D: A ty?
I: Najpierw starałam się przemówić mu do rozumu, ale jak stwierdziłam, że mówię jak do ściany, to kupiłam parę potrzebnych rzeczy do domu, zapisałam się na prawo jazdy, potem na siłownię, przecież on i tak by te pieniądze przepił w knajpach, starałam się w miarę możliwości zrobić z nich lepszy użytek. Miltos, jak mu coś mówiłam, to reagował agresją i groził, że mi finanse utnie, nie miałam wyjścia, żeby zapewnić sobie spokój, musiałam bez słowa godzić się na to, co on robi.
D: A co robił?
I: Mnie mówił, że chodzi do knajpy „Filiżanka”, nieraz nie było go w domu po 10 – 12 godzin i twierdził, że te wszystkie godziny tam przesiedział. Boże, czy on zwariował, ja nie kontrolowałam jego wydatków, on mi na to nie pozwalał. Przecież są rodziny, w których za jedną pensję 500 € utrzymuje się też dwoje dzieci i ludzie muszą żyć. Za te pieniądze można było przeżyć wspaniale ponad półtora roku.
D: Czy ty wiesz czego chcesz?
I: Znowu do czegoś pijesz swoją metodą.
D: Tak, przecież prosiłaś Boga, żeby pomógł ci od niego odejść w jakikolwiek sposób.
I: Inaczej to sobie wyobrażałam.
D: I w tym problem, że sobie wyobrażałaś, już ci mówiłam, że jak prosisz o coś Boga, a potem wyobrażasz sobie, jak on twoją prośbę zrealizuje, to zawężasz moc jego pomocy, oczekujesz konkretnego wyniku i nie pozwalasz Bogu na danie ci tego, co chcesz w inny sposób. Porównaj pozbywanie się dwóch złych nawyków: jedzenia mięsa i palenia papierosów, gdy przestałaś jeść mięso, to nawet o tym nie wiedziałaś, a jak rzucałaś palenie, to z góry wyobrażałaś sobie cierpienie z powodu głodu nikotynowego i tragicznie ci to szło. Nie zawężaj drogi pomocy boskiej, bądź na nią otwarta, nie każ Bogu trafiać do siebie przez słomkę do napojów, ile przez nią może się zmieścić?
I: Dobra rozumiem, ale myślałam, że stanie się coś, zanim Miltosa pieniądze się skończą.
D: Co mówiliśmy o przestrzeni, że żeby się rzeczy mogły dziać, potrzebna jest przestrzeń i trzeba ją opróżnić, a z drugiej strony nie wiesz czego chcesz.
I: Ja nie wiem czego chcę?
D: Tak, najpierw prosisz Boga, żeby pomógł ci zakończyć to małżeństwo, a teraz mówisz, że tych pieniędzy starczyłoby na ponad półtora roku. Chcesz z nim zostać jeszcze rok, jak tak, to ja mogę to zaaranżować, jak mówiłaś jestem dobrym reżyserem. Czy ty nie widzisz, że to małżeństwo się rozpada?
I: Nie umiem zauważyć metody jaką mi pomagacie Ty i Bóg.
D: Cierpliwości. Zajrzyjmy trochę w przeszłość, czy już kiedyś byłaś w takiej sytuacji?
I: O, tak.
D: Opisz ją.
I: Miltos stracił pracę. Poszedł na zasiłek dla bezrobotnych, trwało to rok, potem podjął pracę nie legalnie, ja go od tego odwodziłam, wiedziałam, że jak go stamtąd zwolnią, to nie będzie miał żadnych praw. I tak było, przez 5 miesięcy nie miał pracy, było tragicznie ciężko, czasami złapał jakąś dniówkę, żeby poćwiartować komuś mięso, ale starczało ledwo na jedzenie. Przestaliśmy płacić czynsz, odcięli nam gaz, dobrze, że wyszło prawo zabraniające przez rok odcinać prąd i wodę bezrobotnym. Właściciel mieszkania przychodził i robił awantury, że jesteśmy złodziejami i oszustami, że mamy pieniądze, a jemu nie chcemy płacić. Zarządczyni budynku nawet na ulicy robiła mi awanturę, mówiła żebym się wynosiła do swojego kraju, że takich jak ja, oni tu nie chcą, nikt nie chciał słuchać, że jesteśmy w trudnej sytuacji. Już tego nie mogłam wytrzymać.
D: I co się stało?

I: Pewnego dnia dostałam ostrego ataku płaczu, płakałam bardzo głośno, wołałam do Boga o pomoc, mówiłam: Boże pomóż mi, daj mi siłę przetrwania tego, jak mam zostać bezdomna, to daj mi siłę to zaakceptować, jak mam nie mieć co jeść, to daj mi siłę to zaakceptować, jeżeli mam spać w kartonie pod mostem, to daj mi siłę to zaakceptować. Położyłam się na łóżku na wznak i głośno szlochałam, zatykało mi usta i gardło, nie wiem skąd i dlaczego, ale w którymś momencie wypowiedziałam na głos: „przyjmuję łaskę ducha świętego,” to byłaś ty, słoneczko moje kochane, ty mi pomogłaś, prawda? Teraz to skojarzyłam.
D: Tak, ale pisz dalej co się stało.
I: W tym samym momencie, całym moim ciałem zassałam jakąś dziwną energię, z czterech stron, z góry, dołu, od przodu i od tyłu, momentalnie się uspokoiłam, usiadłam na łóżku i nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. To chyba była sobota, ponieważ na drugi dzień poszłam do kościoła (jeszcze wtedy chodziłam), po mszy jedna kobieta powiedziała mi, że słyszała, że jestem masażystką, zamówiła masaże, poleciła drugą klientkę i jeszcze jedną, tamte następne, nawaliło się roboty na kilka miesięcy i jakoś przeżyliśmy.
D: A Miltos?
I: Moja praca nigdy nie przynosiła żadnych rezultatów, jak ja zarabiałam, to niby w domu powinno być więcej, a nigdy nie było, jak ja przynosiłam, to on nie oddawał pieniędzy, tylko chodził po knajpach.
D: Od kiedy?
I: Od pierwszego dnia naszego małżeństwa. Miltos nie dostał urlopu na ślub, ponieważ cały wybrał latem. Ślub wzięliśmy 31.10.2009 r., to była sobota, przez pół niedzieli spaliśmy, ponieważ byliśmy wykończeni, w poniedziałek Miltos poszedł do pracy, wrócił po południu, zajrzał do gara, żeby coś zjeść i wyszedł z domu, wrócił przed 12 w nocy i poszedł spać. Byłam w szoku, nie wiedziałam jak zareagować. Bardzo się starałam ratować to małżeństwo, na moje nieszczęście myślałam typowo po chrześcijańsku, ale największego szoku doznał, kiedy Miltos przyniósł swoje pierwsze pieniądze, wtedy zarabiał 250 € na tydzień, czyli ponad 1000 € na miesiąc. Ta pensja i tak już była po dwóch cięciach, jak go poznałam zarabiał ponad 1400 € na miesiąc. Płacili mu co sobotę. W sobotę przyszedł do domu i przyniósł 250 €, zjadł, przespał się, ja się ucieszyłam, że jako małżeństwo spędzimy pierwszy nasz weekend razem, ale on wstał po 8, wziął prysznic, ubrał się i po 9 wyszedł z domu, wrócił przed świtem, z wypłaty zostało mu niespełna 30 €. W następnym tygodniu powiedziałam mu, że musi mi dać jakieś pieniądze na wydatki, dał 100 €, znowu w sobotnią noc wybył z domu, ja zdążyłam iść do supermarketu na zakupy, wydałam coś ponad 30 €. Miltos, jak się później okazało, wydał na nocnej hulance wszystkie pieniądze. Minęła niedziela, w poniedziałek rano, kiedy się obudziłam, chciałam iść po świeży chleb i inne drobne zakupy, dobrze, że zajrzałam do portfela, Miltos zabrał mi wszystkie pieniądze, zadzwoniłam do niego do pracy, powiedział mi, że nie miał ani grosza, a ja potrzebował 50 € na benzynę, papierosy i kawę. Zatykało mnie to, miał logikę tak odwrotną do mojej, że nie umiałam jej zrozumieć, następnego tygodnia jak wrócił z pracy, to sięgnęłam do jego kieszeni i zabrałam całe 250 €. Bałam się, myślałam, że zrobi awanturę, że mnie przyklei do ściany i wymusi na mnie oddanie tych pieniędzy, ale on nic. Znowu wyszedł z domu na całą noc, byłam ciekawa, gdzie poszedł bez pieniędzy, ale pomyślałam sobie, że się okaże i okazało się. Następny tydzień, kiedy przyniósł z wypłaty niecałe 30 €, gdy spytałam go, gdzie reszta pieniędzy, to mi odpowiedział, że musiał popłacić wszystko, co pobrał na krechę przez cały tydzień. Jak się potem okazało, nie miał z tym problemu, pracował u tego samego szefa przez 15 lat, wszyscy dokoła go znali, nawet benzynę dostawał na krechę. Poważnej rozmowy nie można było z nim przeprowadzić, jak zaczynałam cokolwiek mówić, to wychodził z domu, nawet późnym wieczorem. W końcu wpadłam na pomysł, żeby z nim porozmawiać, kiedy już był w piżamie w łóżku, a on się zdobył na to, żeby wstać, ubrać się i wyjść o pierwszej w nocy. I tak, powoli zaczęła się moja głęboka depresja, która trwała 2 lata. Wpadłam w kompletną apatię, nie umiałam reagować, nie obchodziło mnie, gdzie on jest i co robi, poszłam do psychiatry i zaczęłam się leczyć. Na psychotropach jechałam 2 lata, przytyłam do 93 kg, jeszcze z nim spałam, co jakiś czas właził na mnie jak na manekina, żeby sobie ulżyć, nie mam pojęcia jak minęły te 2 lata. W listopadzie 2011 zaszłam w ciążę, poroniłam w lutym 2012, nie mam pojęcia dlaczego, ale nie opłakiwałam tego dziecka, zaakceptowałam tę stratę niemal natychmiast i zaczęłam brać się w garść. Po ciąży już nie poszłam do psychiatry po nowe tabletki, postanowiłam, że dam sobie bez nich radę. Coś mnie tknęło i zaczęłam pogrążać się w szukaniu Boga, na różne sposoby, oczywiści pilnie studiowałam Pismo Święte. Z początku całą winę zrzucałam na siebie, wynajdywałam najprzeróżniejsze grzechy, którymi obraziłam Boga, płakałam, gorąco za nie żałując i prosiłam o wybaczenie, Przedtem przeczytałam cytat: „A gdy do modlitwy stajecie, wybaczcie cokolwiek przeciw komukolwiek macie, tak żeby Bóg ojciec w niebie wybaczył wam przewinienie wasze.”
D: Czy rozumiesz co robiłaś, wypłakując swoje niby grzechy?
I: Nie bardzo.
D: Tworzyłaś przestrzeń, to wszystko było skumulowane w tobie, dlatego byłaś zablokowana, wypłakując to wszystko, tworzyłaś przestrzeń, żeby coś wreszcie zaczęło się dziać. Jak wybaczałaś?
I: Po omacku, metodą prób i błędów.
D: A kiedy wiedziałaś, że popełniasz błąd?
I: Kiedy nie przychodziła ulga. Już wiedziałam z aktu skruchy, że prawidłowy wynik to ulga. Dlatego próbowałam różnych metod.
D: Najwięcej czasu zajęło ci wybaczenie matce.
I: Tak.
D: Opisz jak jej wybaczałaś.
I: Najpierw bardzo delikatnie: „Boże wybaczam mojej mamie wszystko, co mi zrobiła.”
D: I jaki był tego wynik?
I: Żaden.
D: Potem?
I: Potem zaczęłam mówić: „Boże, wybaczam mojej mamie to, że była złą matką, że na mnie krzyczała, biła mnie, upokarzała, ironicznie się ze mnie wyśmiewała, poniżała mnie, dokuczała mi. Wybaczam jej to wszystko.”
D: Jaki był tego wynik był? Lepszy?
I: Też mizerny, starczył na krótko, po jakimś czasie znowu zaczęły nawijać mi się obrazy z przeszłości i łapałam się na tym, że czuję żal i ból.
D: Jednak potem zbiegły się dwa fakty.
I: O tak, przyszedł pozew z sądu w Bydgoszczy, sprawa o zachowek, pozwała mnie Ewa, druga żona mojego ojca. I wtedy laczek wylądował na obrazkach wiszących na ścianie i nawymyślałam Bogu od różnych.
D: Co dokładnie powiedziałaś Bogu?
I: Że jest do niczego, do chuja nie podobny, że jak jest ojcem, to jest takim samym idiotą jak rodzice, którymi mnie obdarzył, że tyle czasu wołam do niego, a on milczy jak grób, powiedziałam mu, że się od niego odwracam, ponieważ nie jest wart mojej uwagi, że nigdy, przenigdy się już nie pomodlę. Gdzie, w jego mniemaniu, jest to, co powiedział Jezus: „Poproście a będzie wam dane, pukajcie a wam otworzą”? Ja walę do tych twoich wrót, a ty nie otwierasz, wrzeszczę do ciebie i nic nie jest mi dane, jesteś tak samo głupi i do dupy jak matka, którą mi dałeś.
D: I co było później?
I: W jednym momencie poczułam ulgę i uspokoiłam się. Potem oczywiście bardzo się bałam, że spadnie na mnie kara boska, grom z jasnego nieba, ale jak już wcześniej pisałam, Bóg nie był zainteresowany ciskaniem we mnie piorunami. Coś mnie tknęło, znalazłam w Internecie kodeks cywilny, uważnie przeczytałam każdy paragraf dotyczący spadków i sama napisałam odpowiedź na ten pozew do sądu.
D: Jesteś pewna, że sama?
I: No nie dogaduj, wtedy byłam pewna, teraz już niczego nie jestem pewna, ale jeżeli ty mi pomogłaś, to jak to zrobiłaś z tego dolnego astralu?
D: I ja i Bóg razem ci pomogliśmy, już ci mówiłam, zawsze byłam połączona z tobą nicią energetyczną, jakbym ją zerwała, to byś nie żyła. A z drugiej strony, tak jak ci mówiłam, ludzie czasami zostawiają Bogu przesmyk tak cienki, jak słomka do napoju, Bóg jednak w wielu przypadkach potrafi przez tą słomkę trafić ze swoją pomocą. Lecz powiedz, co się wtedy zmieniło w twoim sposobie modlenia się.
I: Mimo tego, że powiedziałam Bogu, że już więcej się do niego nie odezwę, jednak bałam się, że wcześniej lub później ukarze mnie za moje niegrzeczne zachowanie i postanowiłam go przeprosić, lecz musiałam nawiązać do konkretnego faktu i tak zaczęłam mówić do Boga swoimi słowami, a przestałam klepać na pamięć różne modlitwy, które nie dotyczyły mojej sytuacji. Zauważyłam też, że Bogu można powiedzieć zupełnie wszystko i to w sposób w jaki się chce, zmieniłam także zdanie na temat domu bożego. Nieraz w kościele słyszałam, jak jacyś młodzi ludzie się niegrzecznie zachowywali, a starsze panie za nimi komentowały: „Nie wstyd im, w domu bożym.” Doszłam do wniosku, że domem bożym jest Wszechświat, w nic mniejszego Bóg się nie mieści, jeżeli coś przystoi, lub nie, w domu bożym, to w całym Wszechświecie, niezależnie od budynku, w jakim się teraz znajduję, a wypowiadanie wszystkiego, tak jak mi na sercu leży, przynosiło mi ulgę.
D: Powróćmy jednak do wybaczania, mamie w końcu wybaczyłaś?
I: Tak i to z pełną skutecznością.
D: Jak to zrobiłaś?
I: Mówiłam do Boga:
– Boże, wybaczam mojej mamie to, że mnie biła.
– Boże, wybaczam mojej mamie to, że mówiła do mnie ty skurwysynu pierdolony.
– Boże, wybaczam mojej mamie to, że mówiła do mnie byś ty chuju zdechła.
– Boże, wybaczam mojej mamie to, że mówiła, a moja Iza to jest takie lelum polelum, dupa wołowa
– Boże, wybaczam mojej mamie to, że mówiła, a moja Iza to jest takie ciele na niedziele.
– Boże, wybaczam mojej mamie to, że mówiła, a moja Iza to jest taka płaczka żydowska.
– Boże, wybaczam mojej mamie to, że twierdziła, że mnie trzeba bić, poniżać i wyzywać przy wszystkich, bo ludzie przecież muszą widzieć jak ja ją dobrze wychowuję.
Nie będę kontynuować tej listy, jest za długa, nie ma sensu, ale za każdym razem, kiedy mi się przypominał jakiś fakt z mojego życia i sprawiał mi przykrość, przerabiałam go w ten sposób na akt wybaczenia. Wyniki tego są niesamowite i natychmiastowe. Czy dostaje się amnezji? Nie. Po prostu, nawet jak się przypomni, lub znajdzie się w sytuacji, gdy ktoś inny takich słów używa, to nie boli, kompletnie nie boli, a uczucie jest takie dziwne, jakby nigdy nie bolało, jakby historia była cudza, a nie twoja. Jeżeli chodzi o przekleństwa, to są one przekleństwami tylko wtedy, gdy wychodzą od ciebie wypowiadane z nienawiścią i rzucasz nimi w kogoś, by mu zrobić przykrość, jeżeli jednak używasz ich jako cytatów po to, żeby coś zmienić, to przekleństwami już nie są. Prawda autentycznie czyni z nas wolnych ludzi, a prawda jest taka, że przypadła mi w udziale głupia matka. Wiele razy nad tym myślałam, wielu ludzi wmawiało mi nawet, że powinnam czuć wyrzuty sumienia, że tak na nią mówię. Nie czuję ich i jest mi z tym dobrze. Słyszałam wiele razy: „Na mamunię tak nie wolno, mamunia dała ci życie i tyle poświęciła, żeby cię wychować, a tobie nie wstyd tak na mamunię.” Nie, nie wstyd mi. Chodzimy po tym świecie, wiele razy jesteśmy w różnych miejscach, spotykamy innych ludzi, jeżeli ktoś mi powie, że nie spotkał nigdy nikogo, o którym pomyślał, że jest głupi, to skłamie. Każdy, o którym mówimy, że jest głupi, jest rodzicem lub przynajmniej potencjalnym rodzicem, jaka różnica w tym, kiedy głupotę rodzica zauważy jego własne dziecko? Ale powiedz mi, ten ostatni monolog, dlaczego mi go podyktowałaś?
D: Do wiadomości czytelników.

0 Komentarzy

Napisz komentarz

Zapraszamy do kontaktu z nami

Wysyłanie

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

lub     

Nie pamiętasz hasła ?